Pielgrzymki rowerowe


Idź do treści

Częstochowa

Kronika > Rok 2010

Pielgrzymka do Częstochowy (11-14 sierpień 2010)

Wspomnienia

Dzwoni budzik. Czemu go nastawiłam? Aha. Pielgrzymka. Najpierw zjem śniadanie, czy się ubiorę? Mam nadzieje, że już mój plecak wysechł. Nie wiem czy dam radę spakować się w mały plecak szkolny, ale nie mam wyjścia – ktoś zabrał moją torbę... Biorę bagaż i wsiadam na rower – słychać rzęch suchego łańcucha. Już teraz tego nie zmienię.

Rozglądam się pod kościołem w poszukiwaniu znanych twarzy. Niewiele osób z zeszłych lat znowu jedzie. Zdecydowana większość to nowicjusze rowerowej formy pielgrzymowania. W dodatku dowiedziałam się, że nie jedzie z nami żaden ksiądz. Będzie ciężko.
Po Mszy formułujemy fikcyjne grupy, które natychmiast po wyruszeniu zamieniają się w bezkształtną masę. Tempo jazdy było takie, że zanim zdążyłam dojechać do grupy, to ona już miała postój. Organizacyjnie wszyscy narzekali: Dlaczego tak wolno mówili Ci z najszybszej grupy, Czemu oni na nas nie czekają, ja nie mam siły tak jechać narzekali Ci z tyłu.

Drugiego dnia, kiedy to do przejechania mieliśmy 80km, nasza grupa rozciągnęła się na kilkanaście kilometrów. Na początkowym etapie, po odmówieniu Anioła Pańskiego odkryłam, że mój bagażnik, na którym była sakwa przepełniona jedzeniem (rano spaliśmy w szkole, która była obok sklepu gdzie dostarczyli świeżutkie pieczywo- nie mogłam się oprzeć chałce...) za chwile przestanie być nieodłączną częścią roweru. Na szczęście znalazł się brat z kompletem kluczy, który rozwiązał mój problem umieszczając go w samochodzie. Szybko i szczęśliwie dojechałam zatem do Nowego Miasta. Po obiedzie u sióstr Sercanek wyjechałam później, niż pędziwiatry (docelowo najszybsza grupa), bo siostry usłyszały mój lament nad brakiem mięty, którą zawsze od nich wywoziłam butelkami. Zostałam więc zaproszona do kuchni, na prywatne zaparzanie herbaty. Przez to musiałam się przeciskać przez tłumy rowerzystów niosąc w jednej ręce rower, a w drugiej bagażnik razem z butelkami, żeby bagaże wrzucić do samochodu, a samemu dopędzić peleton.
Postój w Drzewicy upłynął pod znakiem lodów włoskich. W kościele, gdzie była renowacja, zagadał mnie jeden student. Później podszedł do mnie kustosz, który zarządzał firmą renowacyjną. Dowiedziałam się, że jego zespół składa się wyłącznie ze studentów, wszystko mają własne i że proboszcze polecają sobie ich nawzajem, bo są solidną firmą. Wypytałam też o różne techniki renowacyjne, sposoby odnawiania i tempo pracy. Gdy opuściłam pachnącą farbą świątynię nikogo już nie było. Wyruszyłam więc za ostatnimi z grupy ślimaków. Dzięki temu przekonałam się jak ciężko jedzie się tym ostatnim. Pomykając w pierwszej grupie, gdzie jedzie się w peletonie nie zdawałam sobie z tego sprawy. W pewnym momencie postanowiłam zawrócić i komuś pomóc. Miny jadących w drugą stronę były bezcenne
? Dojechałam do 11 letniej Pauliny, której pomagał ktoś ze słabszej grupy. Przejęłam ją i zaczęłyśmy gonić. Paralelnie, ktoś postanowił, żeby Michał wraz z ojcem, który go ciągnął był w pierwszej grupie. Od tego momentu, ogromne pokłady energii składowane w młodych, dla których najważniejsza była osiągnięta prędkość na liczniku zostały spożytkowane na pchanie pojazdu. Dopiero wtedy powoli zaczęła tworzyć się atmosfera pielgrzymkowej pomocy w miejsce poprzedniego wyścigu. Wszyscy razem dojechaliśmy do Ogonowic. Tam, w jedynym sklepie, nie było już chleba, mleka czy jogurtu. Odesłana zostałam do gospody przy szkole. Zapytałam się gospodyni, czy będzie można od niej kupić rano mleko. Zaoferowałam się nawet jako pomoc w dojeniu, ale ona powiedziała, że jej krowy będę doić jak zostanę jej synową. W tym momencie wjechał na podwórko jej syn na motorze.

Rano, nie dość, że dostałam świeżutkie mleko od młodego gospodarza, który już na mnie czekał to jeszcze dostałam od niego pączka z czekoladą. Obiecałam, że jeszcze ich odwiedzę, on obiecał, że będzie czekać i tak się rozstaliśmy.

Trzeciego dnia postanowiłam poważnie wziąć się za wprowadzanie pielgrzymkowego klimatu. Próbowałam zachęcić jak największą liczbę osób do wzięcia udziału w nauce menueta i innych tańców. Potrzebne nam to było do odtańczenia rytualnego tańca w św. Annie. Niestety, z niewiadomych przyczyn strasznie czwartego dnia się spieszyliśmy i tak jak w zeszłym roku prawie wszyscy, po godzinnej przerwie tańczyli, tak w tym, tylko nieliczni
znaleźli jeszcze siły na taniec. Jednak znalazła się grupa młodych (nie zawsze ciałem), która na każdym postoju tańczyła inny taniec. Najlepiej bawiliśmy się w Wielgomłynach, gdzie oprócz atrakcji w postaci Mszy polowej przy ognisku w niezliczonej asyście komarów, tańczyliśmy dookoła ogniska, by potem przenieść się do sali gimnastycznej. Zdaje się, że nasze śmiechy przeszkadzały pozostałym uczestnikom... Tym bardziej, że następnego dnia wyjazd odbył się o godzinie szóstej. Słońce oświecało wieżę kościoła, wzbudzając tym samym we mnie nieodpartą chęć odśpiewania Kiedy ranne wstają zorze. Na skręcie stał ks. Krzysztof - Krzysiek Adamski. Patrzył na ciągnącą na południe grupę i żegnał ją wzrokiem. Gdy mnie zobaczył, kazał przekazać pozdrowienia dla wszystkich, po czym odjechał w stronę wschodzącego słońca, roztapiając się w jasnym blasku. Droga, którą jechaliśmy leżała pośrodku lasu. Delikatne, zaróżowione promienie pieściły wstającą mgłę, jakby potężny bóg słońca nie chciał przestraszyć swojej kochanki, zbyt mocnym światłem. Ponieważ nie wiedzieliśmy kiedy dokładnie wychodzi nasza grupa 4 z Przeprośnej Górki do Częstochowy, dlatego na wszelki wypadek pokonaliśmy tego dnia trasę w rekordowym tempie, żeby potem móc stać na drodze, zagradzać przejście przejeżdżającym samochodom jak również wypychać ich z piachu, w który dzięki nam się zakopywali. Etap, który musieliśmy przejść z rowerami, wśród pieszych pielgrzymek, był chyba najbardziej męczący ze wszystkich odcinków. W potwornym słońcu, pomiędzy głośnikami z sąsiadujących grup (niestety nie zawsze służba śpiewu trafiała w dźwięki) ślimacząc się i co chwila zatrzymując brnęliśmy do celu. To co mnie podnosiło na duchu to mieszkańcy witający nas na całej długości drogi. Gdy dotarła do nas nasza tuba, postanowiłam podkreślić naszą odrębność, prowadząc własną modlitwę śpiewem. Udało nam się to osiągnąć, a na dodatek jako nieliczni poprowadziliśmy rozmowę z wieżą, z której błogosławił biskup. Gdy pokazaliśmy mu najmłodszego uczestnika spytał: czy to chodzi o tego Maksa? Z tego zdania wszyscy byli bardzo dumni (zwłaszcza Jacek, jako organizator i sam zainteresowany 5-letni Maks), bo świadczy to o tym, że nasza pielgrzymka była bardzo popularna.

Moment kiedy mogliśmy uklęknąć i pocałować świętą ziemię, był naprawdę niesamowity (zwłaszcza, że było to znacznie utrudnione przez trzymanie roweru). Od tej chwili wszystko działo się już bardzo powoli i jakby w marazmie: Msza, odbiór bagaży, ładowanie rowerów i powrót do Warszawy...

Hania Szlachcikowska – sierpień 2010

Strona główna | Aktualności | Najbiższe spotkanie | Plany | Kronika | Galeria | Polecane publikacje | Kontakt | Mapa witryny


Powrót do treści | Wróć do menu głównego