Pielgrzymki rowerowe


Idź do treści

Kodeń

Kronika > Rok 2007

Pielgrzymka do Kodnia (20-23 września 2007)

Wspomnienia


Tuż przed końcem sezonu rowerowego, w dniach 20-23 września, postanowiliśmy raz jeszcze w tym roku wyruszyć w Polskę. Tym razem pielgrzymowaliśmy do sanktuarium maryjnego Podlasia. Kodeń, bo właśnie on był celem naszej podróży, leży przy samej granicy nad Bugiem, 20 km. na południe od Terespola. Akurat na cztery dni naszego wyjazdu pogoda znacznie się poprawiła.

Nie tylko nie padało, ale i było nadzwyczaj ciepło jak na tę porę roku, a wiatr wiał w plecy co rowerzyści bardzo sobie cenią. Dziękowaliśmy za to wszystko Panu Bogu w codziennych Mszach świętych i modlitwach, i jechaliśmy na spotkane z Matką, prosić o dalsze łaski za Jej wstawiennictwem.

Pielgrzymkę rozpoczęliśmy Mszą św. o godzinie 8.30 w kościele Błogosławionego Władysława z Gielniowa. Koncelebrowało ją dwóch księży, ks. Adam z parafii tutejszej i ksiądz Adam Narbut, opiekun naszej grupy. Po Mszy św. zrobiliśmy tradycyjne zdjęcie przy figurce i wyruszyliśmy w drogę. Choć tego dnia mieliśmy najmniej do przejechania, bo zaledwie 70 km., nie zawsze było łatwo. Trasa wiodła przez Las Kabacki, dalej Górę Kalwarię, aż do noclegu w Górkach koło Garwolina. Dla bezpieczeństwa i wygody, jechaliśmy bocznymi drogami, nie uczęszczanymi przez samochody. Na jednym z etapów, gdzie droga prowadziła przez las, okazało się, że trzeba zejść z rowerów i je poprowadzić, gdyż z powodu dużej ilości piachu nie dało się przejechać.

W Górkach nocowaliśmy w klasztorze Ojców Michalitów. Po wspólnej kolacji, poprowadziliśmy wspólną modlitwę wieczorną w kaplicy zakonnej. W tutejszym sanktuarium szczególną czcią otaczana jest figurka Matki Bożej Fatimskiej, przed której obliczem i my mieliśmy okazję się pomodlić następnego dnia rano, podczas Mszy świętej. Po śniadaniu z racji, iż był to piątek, odprawiliśmy wspólne nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Wzięliśmy wielki drewniany krzyż na swoje ramiona i wyruszyliśmy do kapliczek Drogi Krzyżowej jakie są obok kościoła. Dla wielu z nas było to wielkim przeżyciem, krzyż był naprawdę bardzo ciężki i musiało go nieść kilka osób. Rzadko zdarza się możliwość odprawienia nabożeństwa Drogi Krzyżowej właśnie w taki sposób.

W tym dniu czekało nas też wiele innych niespodzianek – zarówno tych miłych, jak i tych mniej przyjemnych. Przez pierwszą połowę trasy droga wiodła lekko pod górę, co było małym utrudnieniem. Zatrzymaliśmy się przy kościele w Jedlance. Ksiądz wikariusz ugościł nas bardzo serdecznie, poczęstował jabłkami z własnego sadu i udostępnił plebanię. Pokazał nam również kościół, w którym pracuje i opowiedział kilka słów o nim. Wkrótce jednak, trzeba było ruszać dalej. Tym razem jechało się łatwiej, bo droga wiodła lekko w dół. Dojechaliśmy do Łukowa, gdzie akurat w godzinach szczytu, jak to zwykle bywa w miastach, trzeba było przecisnąć się przez korek. Na szczęście nasze jednoślady łatwo sobie z tym poradziły. Nie obeszło się jednak bez komplikacji. Najszybsza grupa minęła samochód pilota (który właśnie zjechał na parking, by zrobić niezbędne zakupy) i pojechała dalej. Reszta rowerzystów została w tyle, a nasz przewodnik sam z początku nie zorientował się, że ktoś go wyprzedził. Dopiero za miastem udało nam się zebrać wszystkich w jednym miejscu.

Ale to nie był koniec sensacji tego dnia. Zdarzyło się bowiem coś, czego w historii naszych pielgrzymek jeszcze nie było. Jeden z naszych uczestników nie tylko złapał dętkę, ale i przedziurawił oponę, a towarzyszył temu wielki huk, co jeszcze bardziej nas przestraszyło. Dziura była naprawdę duża, ale wspólnymi siłami udało nam się poradzić coś na tę sytuację. Wymieniliśmy dętkę, a oponę załataliśmy taśmą izolacyjną. Wystarczyło, aby dojechać na nocleg w Brzozowicy Dużej. Tu znów mile zaskoczyła nas otwartość mieszkańców uradowanych tym, że mogą gościć w swej miejscowości pielgrzymów. Nocowaliśmy w szkole. Panowie nieźle zmarźli w swojej sali, ale rano i tak wszystkim dopisywał humor i mimo mgły, zadowoleni szliśmy do kościoła.

W Międzyrzecu Podlaskim udało się kupić nową oponę. Wymiana poszła bardzo szybko i już po kilku minutach mogliśmy spokojnie jechać dalej.

Aby skrócić trochę drogę, przeszliśmy przez wiadukt nad torami kolejowymi. Kierowca jednego z mijających nas samochodów, zainteresował się grupą rowerzystów, zapytał o cel naszej wyprawy i czy nie trzeba w czymś pomóc. Uprzejmie podziękowaliśmy i pokrótce opowiedzieliśmy o naszej pielgrzymce. Nie spodziewaliśmy się, że wkrótce znów się spotkamy, dlatego byliśmy miło zaskoczeni, gdy ten sam człowiek, tym razem w towarzystwie kolegi i już nie samochodem, ale na rowerze, dogonił naszą grupę na trasie i część drogi od Witoroża jechał razem z nami. Jak się później okazało, jazda rowerem jest jego pasją i lubi stawiać sobie coraz to nowe wyzwania.

Dalej jechaliśmy przepiękną asfaltową drogą wzdłuż lasu. Nazwaliśmy ją „ścieżką rowerową”, gdyż niemal w ogóle nie jeżdżą nią samochody. Teren był całkowicie płaski, co pozwoliło najszybszej grupie na rozwinięcie prędkości nawet do 30 km/h. Niestety pojawiły się komplikacje z obiadem. Wszystkie restauracje były zamknięte z powodu przygotowań do wesel, a do innych miejscowości było zbyt daleko. Kupiliśmy więc kiełbaski, a właściciel sklepu gratis nam je podgrzał.

Do samego końca droga wiodła przez las asfaltową szosą. Tu także trudno było spotkać jakikolwiek samochód poza naszym pilotem. Jechało się nią bardzo dobrze. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce granicznej Kodnia i zajechaliśmy pod kościół przy dźwięku dzwonków rowerowych. Choć nie byliśmy jedyną grupą pielgrzymów w kodeńskim sanktuarium, ksiądz proboszcz poświęcił nam bardzo dużo czasu; przywitał nas bardzo serdecznie, opowiedział burzliwą historię cudownego obrazu Matki Boskiej. Mimo, iż nie jest ustalona ścisła historia obrazu, tradycja podaje, że słynny z pobożności i zasług dla ojczyzny Mikołaj Sapieha, w czasie przedłużającej się choroby, w 1631 roku odbył pielgrzymkę do Rzymu. Tam, modląc się przed obrazem Matki Boskiej, dostąpił uzdrowienia. Zapragnął zabrać obraz ze sobą do Polski, ale papież Urban VIII nie wyraził na to zgody. Zdeterminowany Sapieha przekupił wtedy zakrystiana, wykradł obraz i wrócił z nim do kraju. Papież, który początkowo domagał się zwrotu obrazu, nałożył ekskomunikę na Sapiehę, ale zniewolony jego błaganiem, ofiarował mu w końcu obraz i zdjął klątwę, nakazując jednak odbycie pokutnej pielgrzymki do Rzymu. Po śmierci Mikołaja, jego syn Jan Fryderyk, wyjednał u Ojca Świętego pozwolenie na koronację obrazu. Dokonał jej biskup Stefan Rupniewski
15 sierpnia 1723 r. Był to trzeci obraz koronowany w Polsce. Słuchaliśmy z zapartym tchem opowieści księdza proboszcza, tak że nawet przekroczyliśmy przeznaczony dla nas czas. W końcu trzeba było zwolnić miejsca dla kolejnych pielgrzymów. Tego dnia nocowaliśmy u sióstr Karmelitanek.

Następnego dnia, o 7.00 rano mieliśmy niedzielną Mszę św. dla naszej grupy. Udało nam się być pod samym obrazem, gdyż wszyscy zmieściliśmy się w prezbiterium.

Teraz już została nam tylko droga do Terespola, gdzie mieliśmy pociąg do Warszawy. Żądni jednak coraz to nowych przygód, pojechaliśmy przez Kostomłoty. Znajduje się tam parafia greko-katolicka. Na szczęście, kościół był otwarty, gdyż zbliżała się pora Mszy. Ksiądz, uradowany widokiem turystów, opowiedział historię zabytkowego kościółka i wyznania greko-katolickiego. Nikt z tamtejszych parafian nie miał nam za złe, że z naszego powodu opóźniła się liturgia, wręcz przeciwnie, mieszkańcy powiedzieli, że spokojnie poczekają, bo im się nie spieszy. Cieszyli się naszym zainteresowaniem. Z Kostomłotów kierowaliśmy się wzdłuż Bugu na Terespol, a stamtąd wróciliśmy pociągiem do Warszawy.

Pielgrzymka była wspaniałym przeżyciem, pełnym niezapomnianych wrażeń. Czas zaczął biec innym tempem niż zwykle, świat stał się inny. Mogliśmy zapomnieć o problemach codzienności, wkroczyć w inny świat, świat który można zobaczyć tylko podczas pielgrzymek. Nigdzie indziej nie doświadcza się tyle życzliwości co właśnie na pielgrzymim szlaku, nigdzie indziej nie stajemy się dla siebie bratem, siostrą. Tak trudno w dzisiejszym świecie o zwykłą ludzką życzliwość. Przez te cztery dni nikomu jej nie zabrakło. I choć każdy miał jakieś trudności podczas tej drogi, wiózł ze sobą nie tylko podziękowania, ale i cierpienia, czy prośby, które chciał przedstawić kochającej Matce, uśmiech nie znikał nawet na chwilę z naszych twarzy.

Warszawa, wrzesień 2007r.

Strona główna | Aktualności | Spotkania | Plany | Kronika | Galeria | Kontakt | Mapa witryny


Powrót do treści | Wróć do menu głównego